Wiedeń 2012

WIEDEŃ

29 lutego – 6 marca 2012r. z elementami wysranego weekendu (2-4 marca)

Uczestnicy : Robert, Jacek, Wiktor, Grzesiek.

Nasze relacje:

Jacek : 
Autobus nie jest wymarzonym środkiem transportu na trasie Warszawa- Wiedeń. Jest tani. Przy niedyżym obsadzeniu – można spać na embriona na dwóch fotelach. Co jakiś czas można wyprostować nogi, opierając je wysoko na szybie. Ta jest jednak zbyt zimna, żeby to długo wytrzymać. No tak, jeszcze jedna uwaga – myjcie nogi przed wyjazdem do Wiednia. To się przyda w autobusie! Dużo zależy od kierowcy – temperatura ( w stronę Wiednia bylo zdecydowanie za gorąco- pan zrobil łaskę, że obniżył temperaturę do 23C ), czy gniazdka ac właczone czy nie, czy internet działa ( ale tylko do granicy ! dużych miast ! – za polską granicą na pewno już nie ).

Po pół-przespanej nocy, po 12 godzinach autobussowania, dojeżdżamy do Wiednia. I jest cudnie jak ktoś na nas czeka – ze  śniadaniem, kawą i herbatą i wygodnym łóżkiem. Mieliśmy to szczęście, bo Greg był już trochę na miejscu. Będąc po „kolacji firmowej” zdołał przyjechać po nas na dworzec o 6 rano i pilnował, żebyśmy w U-Bahnie się nie zgubili. Był taki miły, że podejrzewam, że w czasie pierwszego dnia konferencji strasznie mu się nudziło… Może nie do końca, bo po krótkim odpoczynku pojechał na dalsze zajęcia na konferencji. Jednak to jego pasja, nawet jeśli nudna.

Wiktor i ja pojechaliśmy do letniej rezydencji Cesarza. Cesarza nie było. Jakiś czas temu się wyprowadził. Oceniliśmy, że ze względu na brak czasu i koszmarnie drogie wejsciówki ( €25 ) nie będziemy oglądać wystawy „Sissy”. Dla niewiedzących – matka narodu, zamordowana w 1898. Przyczyniła się znacząco do tego jak Wiedeń wygląda obecnie i jak bardzo jest kulturową stolicą Europy ( jedną z tych najważniejszych ). Obeszliśmy pałac dookoła by zwiedzić ogrody.

Dawno temu, gdy byłem młody zdarzyło się, że trochę przypadkiem ruszyłem do Wiednia. To było w czasach gdy wycieczki „samofinansowały się”. Należało zawieźć alkohol i papierosy a przywieźć elektronikę, zegarki, zabawki ( wszystko chińskie ). I tak też ja zrobiłem. Z jedną różnicą. Nie zawiozłem do Wiednia żadnych papierosów ani alkoholu. Niedaleko Pratera, gdzie sie wtedy zatrzymaliśmy, był taki plac w osiedlu, gdzie sklepy były jeden przy drugim. I kupiłem radiomagnetofony, chyba ze cztery. Trzy poszły, czwarty – musiał zostać dla mnie.  Byłem na tyle niedoinformowany, że nie wiedziałem, że polscy celnicy „przymykali oczy” na taką kontrabandę. Tylko przesada ich drażniła. Jak było średnio 2 magnetofony na łebka ( przynajmniej oni byli o tym przeświadczeni ), to nie robili problemu. Gorzej było z Czechami – ci żądali cła tranzytowego. Naturalnie po „wypłaceniu się” dawali spokój. Tak czy inaczej – ja do pierwszej wycieczki dołożyłem. Druga, dwa tygodnie później, zarobiła i na pierwszą i na drugą.

Moje dawne wycieczki do Wiednia, choć biznesowe ;-), to miały też warstwę kulturową. Naturalnie zwiedziliśmy katedrę św. Szczepana ( nie Stefana ) i Graben. W tamtym czasie katedrę mozna było obejść dookoła. Teraz za wejście do nawy głównej trzeba zapłacić.

Wtedy też dotarliśmy ! pieszo !, wzdłuż Wienzeile do Schonbrunn. Weszliśmy od strony ogrodów, żeby choć przez chwilę zaznać ochłody w cieniu wysokich żywopłotów. Chwila, gdy wyszliśmy na plac w ogrodzie utkwiła mi jako jeden z obrazów życia. Po jednej stronie ogromny pałac, po drugiej  – wzgórze zakończone monumentalną architekturą, spowite w lekkiej mgle. Przed nami przepyszny, kolorowy ogród. I wtedy powiedziałem, że chcę tu wrócić, po to, żeby wdrapać sie na to wzgórze. No i wróciłem. Wtedy bym się wdrapywał, ale teraz po prostu wszedłem na sam szczyt. I widziałem z góry idealną symetrię ogrodu. I panoramę Wiednia. Zachwycająca w tym, że w dolinie widzi się dom przy domu – po otaczające góry. I tylko od czasu do czasu strzela w niebo jakaś wieża. Przepych pałacowych ogrodów czeka na wiosnę. A ta w Wiedniu tuż, tuż. Takiego parku można Wiedniowi pozadrościć. Jest co zwiedzać, jest gdzie odpocząć, jest gdzie pobiegać. Do tego zoo, palmiarnie, Schonbrunner Bad ( atrakcja raczej letnia ), których nie zdołaliśmy zobaczyć. I znów będę miał powód jechać do Wiednia.

Wróciliśmy na Westbahnhof. Jakoś tak wyszło, że zamiast iść odpocząć do pobliskiego zamieszkania, ruch, gwar, wielkomiejskość Mariahilfer Strasse, refleksy popołudniowego słońca, tłumy w kafejkach i sklepach zachęciły nas przejść się po sklepach, wypić dobrą kawę i zjeść pyszne ciacho, a na koniec wypić dobre piwo w barze gdzieś ukrytym na końcu bocznych podwórek, z adresem Mariahilfer 45, choć bliżej było mu do innej dużej ulicy. Jest też na Mariahilfer wiecej atrakcji. Są dyskoteki ( w jednej byliśmy tamtego wieczoru ). Są też sexshopy. Spartakus to duży sexshop. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie 😉 Gigantyczna kolekca pornosów. To co mi najbardziej zapadło to nie przedmioty, fetysze, zabawki, ale ludzie – faceci stojący przed okładkami DVD, niepewnie rozglądający się, niektórzy wyraźnie śliniący się, szukający wzrokiem, obcinający nowych wchodzących. Rozśmieszyło mnie to, ale też spowodowało, ze uciekłem piętro niżej, gdzie było jeszcze więcej filmów porno, też więcej gejowskich ( całe dwa kosze przecenionych, po 5€ ). Jakoś tak wyszło, że skończyło się tylko na zwiedzaniu. Lepiej było wyjść, bo mógłbym się tam zadłużyć na resztę życia. Drogie wszystko to, co najciekawsze. Że też ludzie mają tak podobne gusta…

Wieczorem Grześ pojechał po Roberta, a ja z Wiktorem postawiliśmy na clubbing. I choć pierwszy bar to była porażka, to sytuacja z każdym następnym się rozwijała. Przemierzyliśmy trzy bary. Jeden bardzo fajny. Nie wiedzieć czemu w Savoy ( coż za nazwa! ) wypiliśmy dwa piwa. W planie było po jednym. Jackowi zachciało się sprawdzić dyskotekę. Wiktor też nie był przeciwny. No i byliśmy w czymś, co przypominało nieistniejąca Utopię, przynajmniej wejście. Tłum bardzo ciekawy. Było na czym zawiesic oko. Muzyka w miare, choć nie przepadam za housem, a już najmniej za typowo niemieckim. Od czasu do czasu puszczali przez pół minuty jakiegoś hita. Towarzystwo zaczynało sie ruszać i także bardziej tłoczyć przy barze. Nie liczyłem piwa. Becks tam panował. Ale nie było bólu głowy rano. Założenie na wyjazd do Wiednia było takie – odeśpię potem. I rzeczywiście dało sie wypocząć przez 4-5 godzin i zwiedzać, i chodzić na disco. Więc wróciliśmy koło 5-6 rano. Bardzo starałem się nie obudzić Grzesia i przyjechawszego Roberta. Byłoby wszystko w porządku gdyby nie drobne z piwa w różnych kieszeniach. Najpierw wypadły na dywan, ale potem potoczyły się po podłodze… Scheise…

I przyszedł drugi dzień. Główne zwiedzanie. Robert, Wiktor i Jacek. Zaczęliśmy od katedry św. Szczepana. Wyróżnia się swoją strzelistością. Widać ją niemal z każdego punktu Wiednia. Oglądana z Shoenbrunn zachwyca majestatem. Przeczytałem, że od 1500 roku nie była modyfikowana. Przeżyła dwa najazdy tureckie, kiedy istniejąca wieża była punktem obserwacyjnym, zupełnie jak wieża kościoła Mariackiego, wiadomo gdzie… Nie przyżyła II Wojny. Właściwie szabrowników, którzy podpalili przylegające do katedry domy, by łatwiej mogli działać. Na skutek pożaru zawalił się dach, runął też dzwon. Teraz jest inny dzwon, już nie w wieży południowej, tej wysokiej, ale w północnej, zakończonej „na krótko” kopułą barokową. Do kościoła wchodzi się przez Bramę Olbrzyma. Podczas budowy kościoła wykopano kość. Najpierw sądzono, ze to kość udowa olbrzyma. Nawiązanie do legendy o Golemie? Jednak później okazało się, że to kość mamuta. W środku najciekawsza jest kazalnica. Rzeczywiście, majstersztyk. Ale za ogrodzeniem, podwójnym. Obejrzenie kosztuje 8 euro. Ale warto na to wydać, a nie na Muzeum Secesji!

Wokół katedry jest sporo sklepów, w tym takich, co mają pocztówki, bibeloty, ubrania ludowe. Trachten, to takie spodnie, w których się jodłuje. Mnie kojarzą sie też z orkiestrą dentą. Naturalnie były też kapelusze, ale na razie bez piórka. Można było dobrać oddzielnie. Takie prawdziwe Trachten to spory wydatek. Ja z Robertem poprzestaliśmy na szelkach z motywami Edelweis. Szpan będzie w Warszawie na dyskotece. Szkoda, ze Utopię zamknęli.

Po utracie sporej gotówki skierowaliśmy sie na Graben ( rów ). To niegdyś była fosa okalająca rzymski garnizon, istniejący tu na początku n.e. Teraz stoi tu pomnik upamiętniający zwycięstwa nad Turkami oraz koniec wielkiej zarazy, która spowodowała śmierć połowy mieszkańców Wiednia. Wielu z ok. 100 000 ludzi zostało pochowanych w podziemiach katedry. Przez wieki nagormadzono tam szczątki conajmniej 50 000 osób. Teraz są to góry kości. Na Graben zachwyca architektura. Pałace, jeden przy drugim, prześcigają się przepychem. A kręci wielość drogich sklepów. Istniejących pod tymi samymi nazwami też w naszej strefie geograficznej, na Wschodzie. Czyżby to jednak nie były te same sklepy?
Ach, sklep z czekoladą. Podobno w Warszawie przed wojną takie były. Namiastkę takiego sklepu znam w Warszawie, ale gdzie mu tam do wiedeńskiego…

Następnie przebiegliśmy przez Hofbruny, oceniając z bliska postać Franciszka Józefa i z daleka Parlament oraz Ratusz – do Muzeum Sztuki. Na pewno warto było zobaczyć Hofbrun. Ale byśmy chyba z tydzień musieli tam być. Następnym razem.

A Muzeum Sztuki zajęło nas dłużej. Dłużej niż dwie godziny. I była kawa – znakomita. I ciastka. Chyba najgorzej wyszedłem zamawiając Sachera, ale skosztowałem i Klimta od Roberta i od Wiktora ( nazwy nie pamietam ). Wychodzi, że na Sachera do hotelu Sacher trzeba się wybrać. Następnym razem.
W MS było dużo ciekawych sal. Jak to Robert powiedział – oni też nakradli. Toteż były i mumie egipskie, były rzeźby antyczne greckie ( cudne ) i rzymskie.
Było malarstwo renesansu ( e tam ). Był tez kawałek Klimta. Bardzo niesamowity. Z racji 150-lecia urodzin ustawiono platformę zaraz przy jego dziełach. Są jakby trochę kosmiczne – średniowieczne, egipskie, secesyjne.
Na koniec na parterze zwiedziłem salkę malarstwa średniowiecznego. Od razu dwa pierwsze obrazy uswiadomiły mi z czego mógł zaczerpnąć Klimt w swoich najbardziej znanych pracach. Te złote ornamenty, całe płaszczyzny złota – jak w obrazach średniowiecznych.
Krótki spacer w kierunku wystawy impresjonizmu, do Albertina. Ale stanął na drodze Pawilon Secesji. Że też musiał się tam zaplątać! Ciekawy z zewnątrz, poza przereklamowanym Mozzart Flies Klimta, w środku były puste sale. Poza tym Mozzart Flies jest skopiowany w Unteres Belvedere. Nie wchodźcie do środka Muzeum Secesji! Nie ma po co!

I byliśmy już tak blisko Albertina ( mojego ukochanego impresjonizmu ), ale nie doszliśmy. Poprzestaliśmy na przyziemnych potrzebach. Należało się posilić. Na początku ( albo na końcu – jak kto chce ) Wienzeile jest bazar, który nazywa się Naschamrkt. Jest tam też dużo restauracji, pubów i kawiarni. Trochę ciężko było wyszukać coś nierybnego i nieazjatyckiego. Ale się udało. Przy jednym ze sklepów mięsnych jest restauracja gdzie można zjeść Wienerschnitzel. My zamówiliśmy wieprzowego, ale ten oryginalny jest z cielęciny. I choć był jak na mój gust trochę wysuszony, to smakował wybornie. Do tego pyszna sałatka z ziemniakami w occie -to smakuje!- i doskonałe lokalne piwo Ottakring.

A potem to już był odpoczynek na kwaterze. Przed baringiem. Po drobnych niesnaskach jaki bar się komu podoba i przebiegnięciu przez kilka z nich bez napoju energetyzującego, zgodnie stwierdziliśmy, ze Mango Bar jest to, czego szukaliśmy. Po kilku uwodnieniach, już na koniec, szef namówił nas na rozchodnego, razem z nim ( czy on aby wrócił o własnych siłach do domu? ). W zamian obdarował nas wypisanymi ręcznie wejściówkami do disco. Było coś napisane, dość niewyraźnie, ale z pieczątką, bardzo oficjalnie. Myslę, że tam było napisane ” wpuśćcie tych jeleni, niech myślą, że zarobili na wejściówce”.

Swoją drogą Mango Bar nie był jedynym miejscem, w którym zauważyliśmy, że barmani piją alkohol. W Savoy widziałem, jak jeden podchodził na schnapsa co kilka minut…
I znów z Wiktorem wróciliśmy nad ranem. Ale już troszkę wcześniej, koło 4.

Rano Grześ pobiegł na zajęcia, a Robert do Schonbrunn, gdzie zwiedzał przepyszne, acz nieco przykurzone wnętrza.
A ja z Wiktorem znów oddzielnie. Pojechaliśmy na Prater. Ja troche z sentymentu, bo przecież to była niegdyś baza wypadowa na Wiedeń – zupełnie inaczej zapamiętałem tamte rejony. A Wiktor – nie wiedział gdzie jedzie, ale coś mu się w metrze kierunki nie zgadzały.
Niestety pora roku, i jeszcze nie było kolejki górskiej. Całe szczęście, że tego dnia choć Riesenrad działał. Trochę podobne wrażenie jak na London Eye…

A potem był Belveder. I ten zapamiętam najlepiej z Wiednia. Cudowny pałac. Idealnie położony, pyszna architektura. Przepych od samej bramy.

No to Klimt. Ale nie tylko. Dużo dobrych malarzy austriackich z przełomu XIX-XX w. Cudowne wnętrza. Pałac pierwszą gębą. Najlepsze muzeum we Wiedniu.

A kto w kasach muzealnych pracuje? Ano Polki. Co najmniej w Belvedere i w Muzeum Sztuki.

A w metrze królował Zjazd Radiologów – można było poznać po zawieszkach z ekskluzywnej tasiemki. Było też sporo turystów wracających z wystaw Klimta.

Wiedeń obecnie żyje Klimtem. Wiedzą jak go reklamować, pokazać, z małym wyjątkiem – nie wiedzieć czemu w Muzeum Secesji puste sale…

Wieczór chwycił nas na odpoczynku i przygotowaniach do powrotu w naszym ekskluzywnym apartamencie. Grześ zmęczył się chyba klimtowaniem, bo ani Roberta na lotnisko nie odwiózł, ani nas na Suedbahnhof. Droga powrotna w autobusie byłaby okay, gdyby nie gadający Ślązak. Jechał aż do Warszawy i prawie bez przerwy nawijał. Sląska mowa jest cudna, ale żeby tak o pierdołach po śląsku przez całą noc?

No i nie zamoczyłem rąk w Dunaju. Nic to – następnym razem.
Po dwóch dniach jeszcze sie regeneruję. Ale warto było !

Robert :
Fantastyczne miasto przepełnione habsburską historią. Nudzić się tu nie sposób pośród muzeów, kramów i sklepików oferujących o czym tylko głowa pomyśli. Czas poświęcony na odkrywanie bogactw sztuki , architektury i kultury upływa szybko. A na tym nie koniec, wieczorne życie i klimatyczne knajpki dają możliwość poznania kultury stołu i obyczajów współczesnych wiedeńczyków. Natomiast chwile spędzone w świetnym towarzystwie dobrych znajomych z dobrym piwem i jadłem dostarczają niezapomnianych wrażeń.

Grzesiek :
Był to mój 4 pobyt w mieście Habsburgów, Cesarzowej Sissi czy katedry św. Szczepana z charakterystycznym dachem … Przyjemność zwiedzania wzieli na swoje barki pozostali uczestnicy wypadu. Czy była to prawdziwa przyjemność to nie wiem … można by nawet stwierdzić, że było to poświęcenie, patrząc na komicznie stawiane kroki przez zmęczone po całodziennym łażeniu nogi Wiktora. Dotarłem jednak z chłopakami do Belvederu, gdzie oglądaliśmy dzieła Gustava Klimta, a także do Mango Bar, gdzie … no może o tym to już nie napiszę. Mój pobyt był natomiast przesączony radiologią w najlepszym wydaniu – European Congress of Radiology. Byłem, widziałem i sporo się nauczyłem. Robert, Jacek i Wiktor dostarczyli mi natomiast boskiego przerywnika i byli najlepszymi współlokatorami. A propos – jak ktoś będzie wybierał się do Wiednia i chce zamieszkać niedrogo w apartamencie (mieszkanie jednopokojowe z aneksem kuchennym – urządzone w stylu IKEA, przyjemne, w dobrej lokalizacji niedaleko dworca kolejowego Westbahnhof) – to proszę o kontakt ze mną.
Polecam je ! Polecam Wiedeń na weekend czy nawet na tydzień !

div#stuning-header .dfd-stuning-header-bg-container {background-image: url(http://omsk.com.pl/wp-content/uploads/2018/01/f2332.jpg);background-size: cover;background-position: center center;background-attachment: initial;background-repeat: initial;}#stuning-header div.page-title-inner {min-height: 460px;}