Sri Lanka & Malediwy 2019

Sri Lanka i Malediwy 26 stycznia – 9 lutego 2019 r.

Ekipa : Joanna, Monika, Wojtek, Michał, Robert, Tomek, Grzesiek.

26/27 stycznia 2019 (sobota/niedziela) Gdynia – Warszawa – Colombo – Polonnaruwa – relacjonuje Grzesiek.

Gdyńska ekipa dotarła Euro Intercity Premium do Warszawy, a następnie KM na lotnisko, gdzie Wilewianki koczowały od tygodnia – by samolotu nie przegapić. Przelot Qatar Airways należał do wygodnych i przyjemnych, nawet smacznych. Przesiadka w Doha trwała ok. 4 h. Na lotnisku w Colombo czekał na nas nasz przewodnik, nazwany później Ramzesem lub Romanem. Ruszyliśmy natychmiast w ponad 3 h drogę do Polonnaruwy.

28 stycznia 2019 (poniedziałek) – Polonnaruwa – relacjonuje Grzesiek.

O godz. 9.00  ruszyliśmy na zwiedzanie ruin w Polonnaruwie (ok. 4h), a następnie udaliśmy się wynajętym dżipem  (ok. 30 minut) do PN Minneriya (park narodowy ze słoniami dzikimi) na safari (ok. 3h).

29-30 stycznia (wtorek/środa) – Kandy – relacjonuje Robert.

Wszyscy mówili, że MUSIMY jechać do pięknego starego królewskiego miasta Kandy. Zaplanowaliśmy więc wizytę w tym to słynnym mieście.

Kandy to drugie pod względem wielkości miasto na Sri Lance, po stolicy Kolombo. Muszę przyznać, że byliśmy trochę rozczarowani Kandy. Wszyscy powtarzali nam (w tym przewodnik Lonely Planet), że Kandy jest baaaaardzo piękne i pisali „To miasto, które wygląda dobrze, nawet gdy pada” (cytat Lonely Planet). Cóż, niektóre części miasta były ładne, ale jako całość było to dość typowe ruchliwe i hałaśliwe miasto.

Jezioro Kandy jest dominującą częścią miasta Kandy i nie da się go przegapić! Zostało ono utworzone w 1807 roku przez ostatniego władcę królestwa Kandy. Ludzie początkowo sprzeciwiali się pracom nad projektem jeziora, ale ci, którzy się sprzeciwiali, zostali bezwzględnie uśmierceni na palach w dnie jeziora. Pośrodku jeziora znajduje się mała wyspa używana przez osobisty harem cesarza. Później Brytyjczycy używali go do przechowywania amunicji, i to oni zbudowali parapet dookoła jeziora w stylu fortecy. Spacerowaliśmy wokół jeziora, chociaż ruchliwa droga, która biegnie w pobliżu nieco psuje idyllę. Najładniejszym obszarem jest część wokół Świątyni Świętej Relikwii Zęba.

W słynnej świątyni znajduje się najważniejsza buddyjska relikwia Sri Lanki – ząb samego Buddy! Legenda głosi, że święty ząb Buddy został wyrwany ze stosu pogrzebowego Buddy w Indiach w 483 p.n.e. W IV wieku n.e. została ukryta we włosach księżniczki i przeszmuglowana na Sri Lankę. Świątynia Świętej Relikwii Zęba została zbudowana przez królów Kandy w latach 1687-1707 i 1747-1782 i była częścią pałacu królewskiego. W północnej części świątyni znajduje się hol audiencyjny z XIX wieku. Jest pięknym pawilonem z kamiennymi kolumnami, buddami z kości słoniowej. Na wyższych piętrach znajduje się muzeum. Nie ma możliwości zobaczenia samego zęba w świątyni, ponieważ jest on ukryty w złotej trumnie, która znajduje się 3 m od rzeczywistego ołtarza. By zobaczyć trumnę trzeba przygotować się na długą, długą kolejkę. Pominęliśmy kolejkowanie, ponadto kopię zęba można zobaczyć we wspomnianym wcześniej muzeum. Świątynię odwiedziliśmy wieczorem, podczas nabożeństwa, co stworzyło miłą i nieco tajemniczą atmosferę w świątyni i wokół niej.

Dzień później postanowiliśmy pominąć ogrody botaniczne i udać się na zwiedzanie samego miasta. Zaczęliśmy od punktu widokowego i zorganizowanego (przez naszego przewodnika bez naszej wiedzy) spotkania ze sprzedawcami biżuterii. Nie kupiliśmy tam niczego, ale za to wizyta w centrum miasta, zaowocowała. Zakupy, zakupy i zakupy 🙂 z przerwą na kawę i jedzenie. Taki mały city break w podróży po Sri Lance.

Po południu wybraliśmy się na pokaz taneczno-bębniarski. To tzw. obowiązkowe doświadczenie podczas pobytu w Kandy. Intensywny, spektakularny i pełen energii pokaz (dla tancerzy i bębniarzy), w którym uczestniczyli zarówno tancerze, jak i perkusiści. Wszyscy mieli na sobie kolorowe kostiumy i wykonali dziesięć różnych tańców, w tym słynne „Diabelskie” tańce na zachodnim wybrzeżu.

Niespecjalnie zafascynowało nas Kandy. Może dlatego, że spędziliśmy wiele męczących godzin podróżując przez Sri Lankę (bynajmniej nie ze względu na odległości), a może widzieliśmy tak wiele pięknych, spokojnych miejsc. Mając tak wysokie oczekiwania stworzone przez opisy w przewodnikach czuliśmy się zawiedzeni.

31 stycznia 2019 (czwartek) – Nuwara Elija – relacjonuje Asia.

Ten dzień był naprawdę wyjątkowy w naszej wycieczce po Sri Lance. Morze zieleni, wszędzie rozchodzący się zapach świeżych liści herbaty i piękne czyste powietrze. Zwiedzaliśmy fabrykę, w której liście herbaciane są suszone, sortowane i pakowane do wielkich jutowych worków a potem…. jadą w świat. Spotkaliśmy ludzi, którzy mają życie ciężkie, ale proste i są bardzo zespoleni z ziemią i jej plonami. Zwieńczeniem dnia był nocleg w domkach przypominających nieco nasze działki RODO, ale za to z oceną 8,6 przyznaną przez Booking.

1 lutego 2019 (piątek) – Sinharaja – relacjonuje Asia.

Kolejny  przystanek na naszym szlaku to równikowy Las Sinharaja, znajdujący się w południowo-zachodniej części wyspy. Można w nim podziwiać endemiczną  roślinność oraz nieliczne okazy cejlońskiej fauny. Zwiedzanie odbywa się pod czujnym okiem przewodnika a towarzyszy mu ryk motorków dwusuwowych, które skutecznie płoszą zwierzynę. Nie mniej odwiedziny tego miejsca mają swój urok, gdyż można zażyć kąpieli w leśnym potoku i jeśli uda się już coś zaobserwować jest to zawsze bardzo egzotyczne zwierzę.

2-3 lutego 2019 (sobota) – Galle – Colombo – relacjonuje Michał.

7 dzień podróży i docieramy do Galle. Ach te przejazdy…chyba przetestowaliśmy w nich wszystkie pozycje drzemki. Pewnie nie wiecie, ale gdyby ktoś prowadził badania, to nasze długie przejazdy przyjmowały pewien schemat: głośna rozmowa, śmiechy, piosenka, drzemka. Ramees (nasz kierowca) chyba już wiedział po kolejnym dniu, że po piosence będzie mógł w końcu jechać w ciszy.

Wróćmy do Galle. To cudowne miasto znajduje się w południowo-zachodniej części Sri Lanki. Dzieli się ono na stary fort i nową część na stałym lądzie. My skupiliśmy na tym co najpiękniejszej. Fort Galle jest największym z zachowanych miast fortowych wzniesionych przez Europejczyków w Azji. Około 400 domów wyznacza linie pięciu głównych ulic. Całe założenie fortu zajmuje obszar 700 x 400 m. Obecny kształt fortu nadany został w XVII w. przez Holendrów. Od 1986 Fort wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Krótka notka za nami, a co widzieliśmy my? Po zameldowaniu w guesthousie (było naprawdę uroczo) udaliśmy się na spacer. Obeszliśmy chyba całe zabudowania dookoła wyspy. Na prośbę Roberta nawet odwiedziliśmy kościół jego ulubionego wyznania (nie wiemy dlaczego-zapytajcie Roberta)- Holenderskiego Kościoła Reformowanego. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć na murach czując się jak zdobywcy nowego lądu. Ciekawostką byli szaleni skoczkowie do wody, którzy za opłatą narażali swoje życie skacząc ze skał do oceanu. Postanowiliśmy oszczędzić ich kręgosłupy i nie chcieliśmy tego oglądać.

Gdy zaczęło się ściemniać uznaliśmy, że czas na kolację, ale po tygodniu jedzenia lokalnych specjałów zapragnęliśmy odmiany. Trafiliśmy do pięknej restauracji w budynku starej poczty. Jak mawia klasyk: „Marian! Tu jest jakby luksusowo!”. Tak właśnie było, pełna ekologia produktów i wyposażenia. A jedzenie? Petarda! Krewetki, wymyślne pizze, ryby, makarony. Chyba każdy tego wieczora spełnił swoje kulinarne marzenia (no może te mniejsze marzenia). Po kolacji jeszcze chwilę spalaliśmy kalorie spacerując wąskimi uliczkami wśród kamienic. Po prostu cieszyliśmy się otaczającą nas kulturą.

Jak co wieczór odbyliśmy odprawę,  niektórzy wypisywali kartki, a reszta poszła wymęczona spać.

Rano nasza urocza Gospodyni przygotowała dla nas wspaniałe śniadanie. Zachwytom nie było końca. Naprawdę poczuliśmy ile serca w to wkłada. Jednak czas było ruszać dalej. Zorientowaliśmy się, że jeszcze trzeba wymienić pieniądze…szkoda że była niedziela. Czekał nas jeszcze bieg w upale do bankomatu, ale daliśmy radę. Uzbrojeni w gotówkę ruszyliśmy dalej. Rozpoczął się Projekt plaża!

A na plaży wiadomo jak jest? Cytując piosenkę: „Na plaży fajnie jest!” Kąpiele słoneczne i morskie, szaleństwa w wodzie. Nie ma jak podczas opalania pójść do lokalnej sprzedawczyni, która maczetą ociosa kokos i da Ci pyszny naturalny napój by ugasić pragnienie. No i powiedzcie szczerze, ile razy podczas plażowania można zobaczyć ogromne żółwia, który podpływa do plażowiczów i daje się karmić z ręki? My widzieliśmy i cieszyliśmy się jak dzieci. Kiedy już zmęczyliśmy się leżeniem i pływaniem poszliśmy do plażowej knajpki na obiad…szkoda tylko, że mieli chyba jedną patelnię, jeden garnek i jeden palnik. Nasze dania wychodziły w wyjątkowym tempie (żółwia). Warto jednak było czekać, a brak internetu sprzyjał naszym rozmowom. Po obiedzie czas było ruszać do Colombo…Przejazd do Colombo zajął nam ok. 2h. Po przyjeżdzie „zajęliśmy się” zwiedzaniem miasta (park Viharamahadevi, bulwary Galle Face Green i zachód słońca). Nocleg w Colombo.

4 lutego 2019 (poniedziałek) – Colombo – Male – relacjonuje Grzesiek.

Cały niemal dzień na włóczęgę po stolicy, dotarliśmy m.in. do dzielnic Pettah i Fort, zjedliśmy bardzo wystawny lunch w formie szwedzkiego stołu w restauracji hotelowej Cinnamon Hotel (za 70 zł uczta niesamowita!).
A potem wyjazd na lotnisko ok. 16:00, wylot o 19:05, lądowanie w MLE 20:00.

5/6 lutego 2019 (wtorek/środa) Male – Fulidhoo – relacjonuje Tomek.

Z Male udaliśmy się promem na Fulidhoo, malutką wyspę (600m na 200m) w Atolu Vaavu na Malediwach. Fulidhoo nie jest z pewnością typową wioską turystyczną, to raczej tradycyjna malediwska wyspa zamieszkana przez ok. 350 osób i goszcząca nie więcej niż 30 turystów. Jest tu kilka sklepów przy głównej piaskowej drodze, meczet, szkoła podstawowa, mała elektrownia, przystań, kilka rozpoczętych inwestycji chyba turystycznych i bardzo dużo palm kokosowych, drzew chlebowych i innych wiecznie zielonych roślin (only in Fulidhoo). Zamieszkaliśmy w pensjonacie Laperla. Do dyspozycji mieliśmy 3 pokoje z łazienkami, kuchnię, wielki taras pełniący rolę jadalni, 5 haseł do internetu, zawsze za mało szklanek i  filiżanek do kawy. Ale w życiu trzeba umieć się dzielić jak to filozoficznie określiła Dżoana. Mało- i cichomównego Pana z obsługi poprosiliśmy o serwowanie potraw malediwskich i był to bardzo trafny wybór. Zajadaliśmy się rybami o smaku pieczonego kurczaka, owocami (najlepsza papaja), ryżem i makaronem przyrządzanymi na różne sposoby. Szczególnie smakowała nam pasta z ryby, kokosa i limonki podawana z tutejszym pieczonym pieczywem (a la podpłomyk). Przyroda wyspy nas urzekła. Zieleń drzew i błękit oceanu jak z najlepszych folderów turystycznych o Malediwach. Z fauny zadziwiały wielkie jak orły nietoperze – owocożerne rudawki wielkie. Ale Fulidhoo to przede wszystkich rybki zamieszkujące rafę koralową. Niezapomnianych wrażeń dostarczył nam snorkeling w strefie brzegowej wyspy. Mogliśmy się poczuć jak w morskim akwarium pełnym koralowców, ukwiałów, kolorowych rybek i krabów. Szukając Nemo trafiliśmy na groźną murenę, płaszczki (stringray) i żółwia. Następny poranek przywitał nas wielką równikową ulewą z piorunami i grzmotami. Kokosy spadały z drzew niczym kasztany, piaszczyste dróżki Fulidhoo zamieniły się w wielkie kałuże. Na szczęście ok. 13 wypogodziło się i mogliśmy cieszyć się do samego wieczora plażingiem i snorkelingiem. Życie na Fulidhoo płynie własnym spokojnym rytmem, odmierzanym równikowymi ulewami i „dostawami” nielicznych grup turystów, którzy tu zawitają. Tubylcy są jakby zadumani, zamyśleni, trochę jeszcze nieporadni w obsłudze turystów, nieco zakłopotani. A może to nostalgia za spokojnym, rajskim życiem, które niegdyś wiedli, a które, w obliczu rozwoju turystyki, już nigdy nie wróci na Fulidhoo? Po tej trzydniowej malediwskiej sielance, naładowani energią słońca i oceanu, wsiedliśmy na pokład speedboat i skacząc po falach z sercem w gardle, w godzinę i 15 min wróciliśmy do Male. Pobyt na Fulidhoo uznaję za bardzo udany, pełen niepowtarzalnych i intersujących doświadczeń, bo tylko tu widziałem „nietoperza giganta”, pływałem w morskim akwarium, jadłem rybę o smaku kurczaka, usłyszałem najgłośniejsze grzmoty, stanąłem „oko w oko” z mureną, przeżyłem najdłuższe 10 minut na speedboat.

7 lutego 2019 (czwartek) Fulidhoo – Male (Malediwy) – relacjonuje Monika.

Wstaliśmy rano znowu obudzeni siarczystą ulewą. Jak się okazuje Malediwy mają również drugie oblicze, niezbyt chętnie przedstawiane na zdjęciach na Instagramie. Ostatnia plaża (z której wygonił nas deszcz), przejście się uliczkami malowniczej wyspy, gdzie godziny otwarcia sklepów są nieodgadnione i zapakowaliśmy się na „speedboata”.

Oczekiwanie było nerwowe, bo zawsze w tyle głowy tłucze się myśl, co jeśli nie przyjedzie?

Ale łódka wyłoniła się z rzęsistego deszczu i odetchnęliśmy z ulgą, aż do momentu kiedy kapitan załączył silniki, a nam wszystko podeszło do gardła. Speed boat nie bez powodu tak się nazywa. Na słupkach przywiązane plastikowe torebki,  jakby coś komuś… Szczęśliwie nikomu nic i dopłynęliśmy do Male.

Miasto nam już znane, więc zapuściliśmy się odważnie w tę małą wysepkę, pełną motorków, małych samochodzików i ludzi, gdzie park jest wielkości małego basenu, a basen wielkości pudełka do zapałek … Przestrzeń można poczuć tylko patrząc na morze, a lotnisko się nie zmieściło, więc zostało zbudowane na sąsiedniej wyspie.

Niemniej jednak niektórzy byli zachwyceni! Już nawet pisali podania o pracę :).

8 lutego 2019 (piątek) – Male (Malediwy) – Doha (Qatar) – relacjonuje Monika.

Po noclegu i rannej pobudce, pozostawiając Roberta na pastwę Malediwijczyków, ruszyliśmy na lotnisko zmierzając do Dohy. Wojtek i Grzesiu zachwycili się samolocikami, robili zdjęcia na lotnisku i jarali się internetem w samolocie (bo chyba dla wszystkich to był pierwszy raz kiedy w samolocie było wifi).

W Dosze wylądowaliśmy zgodnie z planem i ruszyliśmy na przystanek autobusowy. Po małych perypetiach udało nam się kupić bilety i pojechaliśmy zwiedzać miasto.

Zobaczyliśmy panoramę miasta, widok na piękne wieżowce dopiero co budowane. Po sesji zdjęciowej (pozuj! pozuj! daj się uwieść obiektywowi!) ruszyliśmy na targ (Souq Waqif). Joanna kupiła sobie utleniającą szminkę, którą Grzesiu musiał wypróbować, a Wojtek już prawie pakował do plecaka witrażową lampę. Zjedliśmy obiad w knajpie razem z tłumem lokalnych smakoszy (Joanna walczyła o stolik jak prawdziwa lwica). Potem trafiliśmy jeszcze na wystawę koni. Zmęczeni wrażeniami stwierdziliśmy, że czas na spoczynek. Na dworcu autobusowym sprawdziliśmy wszystkie wiszące rozkłady i skonstatowaliśmy, że autobus 747, którym tu przyjechaliśmy – stąd nie odjeżdża. Mimo to pojawił się na przystanku po 20 minutach i szczęśliwie wróciliśmy do hotelu.

Następnego dnia czekała nas już bardzo wczesna pobudka i powrót do Warszawy.

Jedni się smucili, że to już koniec, inni doceniali słodką wodę w kranie i umiarkowany klimat.

9 lutego 2019 (sobota) Doha (Qatar) – Warszawa (Polska) – Gdańsk/Gdynia (Wolne Miasto) – relacjonuje Grzesiek.

Pobudka o 5.00. Zbiórka pod recepcją o 5.35. Wyprawa na przystanek autobusowy. Zamiast wsiąść do autobusu 747, wsiedliśmy do 757, który też jechał na lotnisko … trochę ze strachem (bo jechał okrężną drogą) dotarliśmy o czasie by odlecieć Qatar Airways Airbusem 330 do naszej ukochanej zimnej stolicy. Pomimo „long transfer” wszystkie plecaki dotarły. Wszelkimi możliwymi środkami transportu (skm, metro, EIP) wszyscy szczęśliwie dotarliśmy do domów. Nawet Robert po długich przestojach w Colombo i Londynie. Amen.

Do zobaczenia na następnej wyprawie!

P.S. Koszt całej wyprawy (od wyjścia z domu do powrotu do domu) wyniósł nas na 1 osobę 6.388 PLN. Dużo?

div#stuning-header .dfd-stuning-header-bg-container {background-image: url(http://omsk.com.pl/wp-content/uploads/2020/01/IMG_1475_800x533.jpg);background-size: cover;background-position: center center;background-attachment: initial;background-repeat: initial;}#stuning-header div.page-title-inner {min-height: 460px;}